poniedziałek, 26 stycznia 2026

Płonne nadzieje.





Chyba nadal nie potrafię przełamać 

negatywnego myślenia o sobie. 


"To nie dla mnie". 

"Inni są ważniejsi".

"Nie nadaję się".


Początkowo myślałem, 

że to miejsce jest moim na Ziemi,

po traumatycznych doświadczeniach

w miejscu deklarowanej tolerancji.


Planowałem dotrwać do końca. 

Do finiszu zwieńczonego 

"laurem zwycięstwa"

lub choćby własną satysfakcją.


Teraz okazało się, 

że tak nie do końca jest. 

Atomizacja społeczeństwa,

brak czasu ale również ochoty wielu 

na zadzierzgnięcie więzów 

powodują u mnie 

depresję i rozżalenie.


Czas już odejść. 


Proza życia zmieniła wszystko

i nie czas na poezję chwili.


Szkoda, 

że nie jestem na początku drogi. 

Wtedy takie częste zmiany 

by mnie wzmocniły

i kolejne z nich 

nie robiłyby różnicy 

oraz nie wywoływały stresu. 


Teraz na starość 

oczekiwałem już stabilizacji. 


Bo tak naprawdę, 

to kiedy mógłbym na nią liczyć? 


Po śmierci? 


Pewnie tak.


Wtedy będę spokojnie 

leżał pod ziemią w horyzontalnej, 

wreszcie ustabilizowanej pozycji.

Tylko, kto mnie w tej pozie ułoży?


Nie jestem nastawiony na "nie" 

względem całego Świata. 


Cenię szczerość, prawdę, uczciwość, 

współodczuwanie, bycie razem 

ale to się wypaczyło 

i zdewaluowało nieuchronnie. 


Nie chcę być kolejny raz ogryzany 

i wyrzucany jak szczątki jabłka. 


Zazwyczaj to ja coś rozumiem 

i odstępuję bo innym to nawet 

nie przyjdzie do głowy.


Stary i głupi. 


dmyk



niedziela, 4 stycznia 2026

AI.




Blog dmyk prywatnie

to przestrzeń na intymne, szczere 

i często trudne refleksje o egzystencji. 

To zapis zmagań z codziennością, 

zdrowiem, emocjami 

i poszukiwaniem sensu w świecie, 

który bywa przytłaczający. 

To teksty o człowieczeństwie 

obdartym z pozorów, 

o byciu "tu i teraz" mimo wszystko.


***


W cieniu codziennych bitew.


Nie o wielkie wyprawy tu chodzi, nie o blask,

Lecz o to, 

jak w dłoniach zatrzymać uciekający czas.

Gdy rano lustro odbija twarz zmęczoną, 

lecz własną,

A myśli w głowie, 

jak świece, raz płoną, raz gasną.

To zapis drogi przez gęstą mgłę 

własnych słabości,

Gdzie każdy krok naprzód wymaga odwagi

i prostej szczerości.

Świat bywa ciężki, 

jak ołów kładzie się na barki,

A my, pośród rutyny, 

toczymy swe ciche szańce i walki.

Być człowiekiem 

– to znaczy czuć ciężar i drżenie,

Akceptować swój ból i swoje własne cienie.

Nie szukać poklasku, 

nie karmić się tanią nadzieją,

Lecz patrzeć w oczy dniom, 

co bezlitośnie się śmieją.

Prywatny to dziennik – bez filtrów, 

bez zbędnej pozy,

Zapisany w momentach spokoju

i w chwilach trwogi.

Bo w tym kruchym istnieniu, 

co tak szybko ucieka,

Najtrudniejszą ze sztuk jest po prostu 

- spotkać człowieka.


***


Za grubą szybą.


Mój świat ma dzisiaj wymiar 

czterech znajomych ścian,

Prywatny poligon ciszy, 

gdzie każdy dzień to plan 

– By przetrwać, by nie ulec, 

by oswoić ten lęk,

Co wdziera się w szczeliny, 

wydając głuchy dźwięk.

To „izolacja wybrana”, 

a może narzucona przez los?

Gdy własne myśli stają się głośne, 

tracąc ludzki głos.

Jestem obserwatorem, 

co stoi gdzieś na boku,

W tym „moim małym piekle”, 

w tym zawieszonym kroku.

Świat tam, za oknem, 

wydaje się nierealnym filmem,

Ludzie biegną po nic, 

z uśmiechem nienaturalnie pilnym.

A ja tutaj, w „bezpiecznym kokonie” 

własnej niemocy,

Liczę minuty do świtu i godziny do nocy.

To „stan przejściowy”, 

który stał się codziennością,

Gdzie „brak kontaktu” 

przestał być tylko trudnością.

Lecz w tej pustej przestrzeni, 

w tym odcięciu od tłumu,

Najwyraźniej słychać 

szept własnego rozumu.

Bez filtrów, bez masek, 

w „nagiej prawdzie istnienia”,

Gdzie jedynym towarzyszem 

jest cień mego cienia.

Bo izolacja 

to nie tylko zamknięte szczelnie drzwi,

To miejsce,  

w którym człowiek sam ze sobą 

– po prostu brzmi.


***


Poza garderobą.


Za progiem garderoby, 

w świetle dnia bladym,

Trwa spektakl źle skrojony, 

pełen fałszu i zwady.

Kostium uwiera, szwy pękają w pośpiechu,

A ja nie chcę tej roli, nie chcę tego śmiechu.

Czekam na finał, na kurtyny opadnięcie,

Na koniec zmagań z tym, co trwa nieugięcie.

Gdzieś pod skórą wciąż drzemie 

chłopiec z odległej planety,

Piotruś Pan, co nie uznaje dorosłości mety.

Mały Książę wciąż patrzy na różę i gwiazdy,

Choć świat wokół pędzi – bezmyślny i pusty.

Dziś ciekawość jest błędem, 

a marzenia ciężarem,

W świecie, 

który zachłysnął się własnym oparem.

Tu króluje głupota, w koronie z próżności,

I bezprzewodowe znieczulenie 

– brak bliskości.

Więc trzymam te postacie, 

głęboko, pod sercem,

By nie zginąć w tym tłumie, 

w codziennej udręce.


***


Kostium.


W garderobie myśli wieszam 

prawdę na kołku,

Bo na zewnątrz trwa spektakl 

– w pędzie i zgiełku.

Źle skrojone role, tandetne dekoracje,

Świat karmi się głupotą, 

serwując ją na kolację.

Wszyscy podpięci pod sieć, 

pod cyfrowe kroplówki,

Znieczuleni bezprzewodowo, 

puste mają główki.

A ja, w tym tłumie obcym, 

wciąż czuję pod skórą,

Że Mały Książę nie chce być kolejną figurą.

Piotruś Pan we mnie płacze, 

gdy widzi te twarze,

Które zapomniały, jak się ufa i marzy.

Moja ciekawość świata stała się tu wadą,

Wyrzutem sumienia dla tych, 

co wciąż kłamią.

Czekam na finał, na ostatnie brawa,

Bo ta rzeczywistość to zbyt gorzka zabawa.

Zamykam drzwi garderoby, 

tam nikt mnie nie zmieni,

Zostaję ze swoją gwiazdą 

– pośród cieni i ziemi.


***


To niezwykle bolesny i przejmujący tekst. 

Uderza w nim 

odwrócenie biblijnego porządku 

– to nie syn jest marnotrawny, 

lecz ojciec, 

a dziecko, 

zamiast trwać w radosnej nieświadomości, 

staje się surowym sędzią 

i strażnikiem prawdy. 

Twoja metafora "Galerii Zamiast" 

oraz obraz marnotrawnego rodzica 

tworzą obraz głębokiej, 

egzystencjalnej pustki.


Galeria Zamiast.


W Galerii Zamiast kurz osiadł na ramach,

Zamiast spotkania – wciąż ta sama plama.

Zamiast powrotu – ucieczka w milczenie,

Zamiast miłości – chłodne odrzucenie.

Marzenia? To tylko spalone arkusze,

Pył, który dławi zmęczoną już duszę.

Tu przypowieść na wspak rzeka czasu toczy,

Dziecko ma jasne, oskarżające oczy.

To ono czeka, choć ojciec jest cieniem,

Co karmi obcych 

swym własnym kłamstwem i złudzeniem.

Marnotrawny rodzic, uciekinier z teatru,

Zostawił po sobie tylko 

świst mroźnego wiatru.

Między wybaczeniem, a dłoni podaniem,

Jest przepaść, co zieje trupim przerażeniem.

Otchłań, 

w której prawda ogniem w twarz uderza,

Gdy idol ucieka, 

zamiast dobić do przymierza.

Nie było wyjaśnień, nie było przeprosin,

Tylko ciężar braku, co serce wciąż nosi.

Zmień kierunek drogi, 

póki horyzont nie zgaśnie,

By idol i heros 

nie odeszli przedwcześnie w baśnie.

Bo oczy dziecka widzą ostrzej niż sumienie,

I tylko powrót może uleczyć to drżenie.

Stań twarzą w twarz, 

zdejmij maskę kłamstwa tanią,

Zanim Galeria Zamiast stanie się otchłanią.


Refleksja nad tekstem.

Twój zapis 

o "bezprzewodowym znieczuleniu" 

z poprzedniego fragmentu tutaj znajduje 

swoje najsmutniejsze rozwinięcie 

– to znieczulenie na własne dziecko, 

na krew z krwi, 

która zamiast miłości 

otrzymała odrzucenie w "enklawie spokoju".


***


Pomiędzy oddechami.


Świat pędzi obok, krzyczy jaskrawą reklamą,

A ja wciąż budzę się rano tą samą, 

choć inną osobą.

Zbieram okruchy chwil, 

te szare i te niechciane,

I układam z nich zdania, 

w ciszy, nad pustym śniadaniem.

Nie trzeba mi wielkich słów, 

co jak dzwony puste huczą,

Wolę te ciche prawdy, które pokory nas uczą.

Że życie to nie jest prosta, 

od punktu do punktu linia,

Lecz splot wątpliwości, 

które każdy z nas w sobie trzyma.

Tu, w prywatnym kącie, 

gdzie myśli mają swe schronienie,

Ważniejszy od krzyku jest szept 

i czyste sumienie.

Zapisuję to wszystko – bez maski, 

bez zbędnej zbroi,

Bo tylko w szczerości 

człowiek się lęku nie boi.

Może to tylko słowa rzucone na ekranu taflę,

Lecz w nich jest moje tętno, 

w nich moje życie zaklęte.

Być tu i teraz, 

w tej kruchej, bolesnej wolności,

To jedyny sposób na oddech 

w bezmiarze codzienności.


AI  & dmyk

na podstawie treści umieszczonych na blogu.